sobota, 16 lipca 2016

Od Rose C.D Prince

- Już mnie więcej na coś takiego nie wyciągniesz.
- Nie marudź Księżniczko, mi tu nogi odpadają..
- Powiedziała maruda.
Wywróciłam oczami i odwróciłam się tyłem do jego niezwykle zacnej osoby, aby pooglądać szalejącą na "zewnątrz"  ulewę.
- Takiej pogody to jeszcze nie było - mruknęłam do siebie, wystawiając raz prawe a raz lewe przednie kopyto, powodując spłynięcie błotnej skorupy.

Stałam tak dobre kilkanaście minut. W końcu, kiedy każda kropla wydawała się być niezbyt inna od poprzedniej, coś mnie tknęło, iż rzeczywiście nie mogłam sobie znaleźć lepszego zajęcia.

Odwróciłam się w stronę Prince'a, który wtopiony między niskie głazy, wyraźnie nad czymś myślał.

Zdecydowanie za dużo myśli.

Po chwili po prostu wyszłam, nie mówiąc nic. Uznałam, że pewnie i tak by nie zapamiętał tego, co mu właśnie przekazałam.

Wciąż szalała burza, paląc co około trzecie drzewo.
I wtedy właśnie, musiał mi się przypomnieć pieprzony, tak, zdecydowanie pieprzony, okres mojego dzieciństwa.
Spalony dąb, spalona uczuciowo ja...

Przeklęta burza.
~*~
W chwili obecnej kłusowałam wzdłuż rzeki.
Kiedyś to był strumyk.
No właśnie, kiedyś.
Przez te nieustające deszcze poziom wody znacznie się podniósł.
I tak o to mamy kolejną rzekę,  ba dum tss.

Burza powoli ustąpowała mniejszym, znacznie rzadszym kropelką mżawki.
Czułam się jak latająca mokra owca.
No, prawie latająca.
Byłam przesiąknięta wodą, i gdyby nie to, że i tak wszędzie było mokro, to pewnie ciągnął by się za mną obszerny, mokry ślad.

Wreszcie dotarłam do celu mojej wędrówki.
Dobrze kojarzyłam okolicę tutejszego "strumyka" i zapamiętałam kluczową w tym momencie informację.
Przede mną ukazał się niewielki sąd z zaledwie kilkunastoma jabłonkami.
Rosły tutaj ich inne odmiany - złote, które według mnie faktycznie smakowały z lekka inaczej.

Podchodziłam do każdego drzewa z osobna, poszukując jednych z lepszych okazów.

Wkrótce odnalazłam upragnioną gałąź z tymi o to owocami. Musiałam nieźle się powygimnastykować aby ją dosięgnąć. Z racji że bolały mnie kopyta i prawy bok, miałam ograniczone pole do popisu.
Ostatecznie, wiatr zawiał tak mocno, że gałąź wisiała na jednym włosku. Wystarczyło, że raz mocniej za nią złapałam i za chwilę mogłam już z nią dumnie wracać do Księżniczki.
<Mały Książę? ^^>

piątek, 15 lipca 2016

Od Prince'a C.D Rose

Dziwiłem się, że wyraziłem na to zgodę, ale wiedziałem, iż teraz nie ma czasu na cofnięcie się. Niebo rozświetliło się od starcia dwóch, potężnych bużowych chmur, czego skutkiem było wytworzenie piorunu, który z ogromną siłą powalił stary buk. Może to tylko drzewo, ale będzie mi go brakować. Niegdyś stało sobie na pustkowiu, czekając na strudzone stworzenie, które chce ukryć się w cieniu. Ale los chciał, by rozpętała się burza, która zakończyła nudny żywot drzewa. Rose natomiast nieoczekiwanie wzbiła się w powietrze. Mimo mej woli, również musiałem to zrobić. Nie była na szczęście aż tak nierozsądna, by latać wysoko, zwłaszcza na otwartej przestrzeni i pioruny omijały nas jakoś szerokim łukiem. Nie narzekam. Nie można zapomnieć o ulewie, która sprawiła, że byliśmy przemoczeni, a ja co jakiś czas kichałem.
- Chory Alfa, to bezużyteczny Alfa... Pff - Mruknąłem cicho, lecz Noire najwyraźniej to usłyszała i uśmiechnęła się słabo. Po niespełna dziesięciu minutach lotu, znaleźliśmy się w lesie. Chyba najniebezpieczniejszym punktem naszej podróży. Raz po raz drzewa z łomktem upadały na ziemię, co zmuszało nas na obudzenie w sobie refleksu i do skakania w  najmniej oczekiwanych momentach. Jak sobie nawarzyła piwa, to niech pije. A ja muszę jej w tym pomagać. Nie mam nawet ochoty komentować stanu jej skrzydła, które zdecydowanie utrudniało jej latanie. Zaraz po wykroczeniu z naszego naturalnego "parkuru", znów znaleźliśmy się w powietrzu. Teraz mogliśmy lecieć prosto do jaskini. Gdy do niej dotarliśmy, w środku czekały na nas kałuże i malutkie strumyczki wody.
<Rose? Dopisek ode mnie, tak, żeby nie było że opowiadanie bez odpowiedzi xd>

czwartek, 14 lipca 2016

Od Rose C.D Prince

Weszłam do wody na wysokość łopatki. Zniżyłam nisko szyję wraz z pyskiem i po chwili piłam już czystą, zimną wodę.
Kilka minut później, stałam wpatrzona na niebo.
Wyglądało to tak, jakby dwa fronty walczyły ze sobą.
Jasne, niebieskawe niebo ustępowało miejsca swojej mniej przyznaj wersji - nad nami aktualnie piętrowały szare, deszczowe (wręcz burzowe)  chmury, zakrywając tym samym nieliczne promyki słońca.
- Wiesz, Prince, mam taki niezbyt dojrzały pomysł.
- Jak zwykle. Nie mniej jednak, słucham.
Ochlapałam go wodą, kończąc;
- Chciałabym latać po niebie podczas... Burzy.
- Wiedziałem, że to będzie coś w tym stylu.
- No przecież, ty masz zawsze rację.
- Dobrze, że już pogodziłaś się z tym faktem. Kontynuując, faktycznie niezbyt dojrzały ten Twój plan, ale jak to mówią, you only life once.
~*~
Leżeliśmy pod drzewem w oczekiwaniu na burzę (nie róbcie tego w domu..).
Ledwo co zaczęło kropić, więc nerwowo przebieraliśmy kopytami, żeby nadszedł ten moment.

Przed naszymi oczami pojawiła się błyskawica w akompaniamencie ściany deszczu.
Skinęłam w stronę Księcia, aby za chwilę wzbić się w powietrze przy jego boku.

<Dorosły Książę? >

Od Prince'a C.D Rose


Jako, że było zimno, z zadowoleniem zauważyłem, że oddech klaczy ogrzewa mój grzbiet. Zawsze coś.
- Z ciebie jest taki kaloryfer, jaki ze mnie stoliczek. Mało daje, ale jednak.
- A z ciebie taki komik, jaka ze mnie mrówka - Odparł Kwiatuszek z triumfalnym uśmieszkiem na pysku. Przewróciłem oczami, na co tylko on czekał i zaczął mnie przedrzeźniać, lecz nie złośliwie oczywiście. Ta chwila nie mogła trwać wiecznie - mój brzuch przypomniał o sobie głośno burcząc. Klacz jednak nie przejęła się tym, a ja czułem się niezręcznie. Były jednak bardzo małe szanse, żeby tego nie usłyszała. Staliśmy tak, wpatrując się w krople deszczu, które zdawały się ścigać, która pierwsza dotrze do mety - ziemi, ale deszcz powoli zamienił się w pojedyncze krople, aż w końcu i one przestały się pojawiać. Cisza była taka, że aż w uszach dźwięczało. Mimo mej woli, westchnąłem. Parę tygodni temu, miałem przekonanie, że pozostanę sam i nadal będę samotnikiem. Do stada może i należały tylko trzy konie, ale miałem szczerą nadzieję, że z czasem liczba ta się powiększy. Słyszałem tylko coś  przelotnie o Abelardzie, ale zbyt wiele o nim nie wiem.  Ale mimo wszystko miałem rację - buduję moje królestwo i nikt, ani nic (podobno) ma mnie przed tym nie powstrzymać. Swoją drogą, SPM ma bodajże o jednego członka więcej... Niby nie jest to wielka różnica, ale czułem, że mam potrzebę rywalizowania z nimi. Być może to dobrze, będzie to coś, co będzie mnie, to znaczy nas, pobudzać do rozwoju. Tak, to kolejny z moich genialnych pomysłów. Trzeba go tylko dopracować i wprowadzić w życie. Z zamyślenia wyrwał mnie brak obciążenia na grzbiecie.
- Korzystając z okazji, iż chwilowo nie pada, idę się napić. Jeśli chcesz, możesz pójść ze mną - Nie czekając na moją odpowiedź, klacz ruszyła kłusem przed siebie. Ja za nią.
***
Byliśmy już na miejscu. Rzeka dostarczała nam zimnej, orzeźwiającej, o dziwo czystej wody. Pochyliłem głowę i poczułem, jak lodowata ciecz chłodzi moje wargi.
< Kwiatuszku? ;3 Znów z telefonu... I tak do poniedziałku >

Od Rose C.D Prince

Czy on mnie właśnie.. Prze..Przeprosił?
On?
Ten Książę?
- Ja..- urwałam, czując narastającą gulę w gardle - Ja też Cię przepraszam.. Naprawdę..Nie chciałam, żeby to tak wyszło.
- Ja również nie chciałem. - powiedział, patrząc się wciąż w moją stronę - Ale to i tak ja, jak zwykle miałem rację, pamiętaj.
Czyli wrócił ''stary'' cwaniacki Książę.
Zrobiłam coś, co od pewnego czasu w jego towarzystwie weszło mi w nawyk - wywróciłam oczami, po czym równocześnie z nim uśmiechnęłam się słabo.
~*~
- Wiedziałem, że wrócisz.
- A skąd takie przekonanie? - odwróciłam się w stronę dobiegającego głosu, aby zobaczyć go jak stoi na deszczu. - I pamiętaj tatusiu, że chory Alfa to nieużyteczny Alfa.
- Jesteś dosyć przewidywalna i łatwa w obsłudze.
- Po prostu możesz powiedzieć, że cieszysz się, że wróciłam, a nie robić z siebie jeszcze większego kretyna niż jesteś, tak?
- To by było zbyt proste. - odparł, wracając do środka.
- A mówią, że to my jesteśmy ciężkimi orzechami do zgryzienia.. A co powiedzieć o Tobie, facecie z wiecznym okresem?
- Może powiedz to, co Ci gdzieś tam leży, tak by było najłatwiej. - odpowiedział na retoryczne pytanie z typowym sarkazmem.
- Jesteś takim.. Niestabilnym emocjonalnie kiblem. Każdy może na Ciebie, przepraszam za wyrażenie, srać, a Tobie to i tak będzie lotto i po prostu to z siebie spłuczesz.

Takim o to sposobem wywołałam niezręczną ciszę i zamyślenie ogiera.
Podeszłam do niego od tyłu [witam zboczuszki..!] i położyłam pysk na jego grzbiecie.
- Muszę przyznać, że jesteś wygodnym stoliczkiem, ba, najbardziej wygodnym się nie opierałam.
I.. Ja.. Ja wcale tak o Tobie nie myślę, przepraszam.

- Nie przepraszaj mnie za wszystko, bo czuję się cholewnie niezręcznie.
- Przepraszam - dodałam z niewinnym uśmieszkiem, wciąż traktując go jako podpórkę.

<Książunio? >

Od Prince'a C.D Rose

Nic nie odpowiedziałem.
- Nie jestem źrebakiem, a ty nie musisz cały czas za mną  łazić! - Rose nagle wybuchła, czym byłem niemile zaskoczony. Nie zareagowałem. Odszedłem zawstydzony, a z czasem rozzłoszczony. Chciałem tylko zapewnić jej bezpieczeństwo. Zwłaszcza z tym skrzydłem i poranioną kłodą. Szczerze? Po prostu martwiłem się o Alfę. Próbowałem pomóc, ale jak zwykle "nie wyszło". Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powrócić do wcześniejszego trybu życia. Jednakże odrzuciłem ten pomysł, gdyż mam stado. Nieduże, ale jednak. Stałbym się koszmarem, byłbym znów podły, bezlitosny i chamski. Tak wiele kosztowało mnie porzucenie tego. Tak wiele kosztowało mnie, by stworzyć stado. Tak wiele mnie kosztowało, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Konie, wzięły to od tych dwunożnych istot zwanymi ludźmi, mawiają: "Coś za coś", ale to nie adekwatne do tych sytuacji, gdyby się im przyjrzeć. Całą drogę, byłem wściekły na Noire. Gdy dotarłem do jaskini i tak na dobrą sprawę to sobie przemyślałem, zrobiło mi się głupio. Rose również była czymś w rodzaju typu samotnika, nci dziwnego, że uważała, iż ją niańczę. Tym posunięciem mogłem zrujnować nieduże zaufanie klaczy do mnie. Postanowiłem się zdrzemnąć i dać sobie odpocząć.
***
Usłyszałem dudnienie kropli deszczu, które spadały ociężale na "dach" jaskini. Noire jeszcze nie wróciła. "Muszę na nią zaczekać" - Pomyślałem, tak też zrobiłem. Po może dziesięciu minutach oczekiwania i czyszczeniu swoich kopyt na deszczu, co uważałem za bardzo kreatywny pomysł, usłyszałem cichy stukot kopyt. Cofnąłem się do wnętrza jaskini. Zobaczyłem zgrabnie poruszającą się klacz z dobrze znanym mi lekko opadającym jednym skrzydłem.
- Przepraszam - Jedyne słowo, które zdołałem w tamtej chwili wydusić z siebie i to z niemałym wysiłkiem.
< Rose? Przepraszam za jakość op., ale piszę "jakoś" z telefonu .-. >

Od Rose C.D Abelard

- Skoro tak się bawimy, to jak już zauważyłeś, jestem pegazem - prychnęłam z lekką pogardą, wymijając go wzrokiem. - Jestem Rose, ale nie sądzę, żeby to Ci się przydało.
- Abelard.
Kiwnęłam pyskiem.
- Sama tu..przebywasz? - zapytał, grzebiąc kopytem w podłożu.
Ahh, podłapał mój nawyk.
- Nie - odpowiedziałam szorstko, machając swoim długim ogonem.
- A więc zabawa w kotka i myszkę - wywrócił oczami, oczekując bardziej rozbudowanej i precyzyjnej odpowiedzi - Jakieś stado?
- Owszem - rzuciłam - Ponura Dolina, witamy niezwykle serdecznie. A Ty, sam?
Mruknął pod nosem niezadowolone ,,Mhm''.
- W takim razie zapraszam do Stada Porannej Mgły, tandetna Bella i jej ten cały Cappuccino na pewno zrobią z Ciebie świętego - zakpiłam, śmiejąc się w duchu.
Doszło do mnie, że naprawdę jestem złośliwa.
Taka cholera ze mnie..
- Nie potrzebu.. - Nie dane mu dało dokończyć, ponieważ wyczytałam między wierszami jego propozycję.
- Obojętne mi to - odpowiedziałam szybko, kontynuując - Teoretycznie nie mamy nic przeciwko, ale w praktyce.. Wiesz, dbasz o samego siebie.
- Załapałem, Kwiatuszku.
Tym razem to ja wywróciłam oczami. Kolejny.. Nie dość, że tak mnie Księciunio nazywa, to jeszcze on.
- Do zobaczenia więc, kiedyś. - powiedziałam, ruszając galopem przed siebie, w jakimkolwiek kierunku, byleby pójść.

<Sytuacja nie wymaga odpisu, jeśli jednak pan Abelard chce odpisać, niech odpisze. >