poniedziałek, 11 lipca 2016
Od Prince C.D Rose
Jedyną możliwą opcją jest zagonienie wilka w kozi róg. Najbezpieczniej będzie, gdy on pozostanie na ziemi, a ja w powietrzu. Tak więc wzbiłem się w powietrze, podlatując do wilka i zachęcając go do gonitwy. To było jak wyścig. Postanowiłem zagonić zwierza do kanionu, zmęczyć go, a następnie zmaltretować. Trochę brutalne, ale nie zamierzam mieć na sumieniu tego, że pozwoliłem mordercy swobodnie polować sobie na mojej ziemi. „Dogoń mnie, jeśli zdołasz!” – Przesłałem tą myśl wilkowi w nadziei, że zachęci go to do szybszego biegu i potraktuje to jako wyzwanie. I rzeczywiście tak się stało. Wilk musiał być młody, niedoświadczony i głupi, by ganiać pegaza. Kanion, który odkryłem parę dni temu, widniał już na horyzoncie. Zadowolony tylko przyspieszyłem, wilk również. Dotarłem do celu wraz z moją ofiarą. Spostrzegłem, że Noire leci obok mnie. Czyli jednak nie dała za wygraną i woli sprawdzić, co zamierzam zrobić. Wylądowałem na ziemi, by pobawić się z moim nowym, tymczasowym pupilem w berka. No dobrze, to nie było śmieszne, przyznaję. Wilk dyszał i poruszał się coraz wolniej. Nadal patrzył na mnie groźnie, ale ku mojemu zadowoleniu z biegu zwolnił do truchtu. Dla bezpieczeństwa zdecydowałem się jeszcze go pomęczyć. Przykładowo stałem sobie w odległości pięciu metrów od niego, a gdy dzieliło nas może z pięćdziesiąt centymetrów wznosiłem się w górę, lub po prostu galopowałem, a on nieudolnie próbował wskoczyć mi na zad. Raz tylko prawie mu się udało, ale wzleciałem w powietrze on spadł, ale ślady po pazurach zostały. Były to tylko zadrapania, nie rany i były ledwo widoczne. W końcu, wilk opadł na ziemię. Nie wiedziałem, że pójdzie mi to z taką łatwością. Ale jednak zwierzę miało nie więcej jak dwa lata i z pewnością to było główną przyczyną. Pewien, że nie może on już nic mi zrobić, podszedłem, obróciłem się i dałem mu porządnego kopniaka w brzuch. Usłyszałem nieprzyjemny dźwięk w rodzaju skrzypnięcia. Musiałem połamać mu jakieś żebro. Aby zwierzak jednak się nie męczył udusiłem go przyciskając nogę na jego szyi. Nie próbował się wyrywać. Wiedział, że to już koniec. Pocieszyłem się tylko tym, że odszedł do drugiego świata i będzie osądzany. Wie, że z końmi się nie zadziera. Bo według panującej tutaj wiary, do Grona Bogów należą również konie. Wilki są w niższej pozycji od nich. [Asha kombinuje z końską wiarą x’D] Ja osobiście w to wierzę i zapewne kiedyś się przekonam. Zadowolony z siebie podszedłem do Rose, która powoli oddalała się. Dogoniłem ją, co uczyniłem jadąc energicznym kłusem.
- Chyba mam dość przygód jak na dzisiejszą noc. Zresztą słońce już wschodzi – Mruknąłem pod nosem.
< Kwiatuszku? ;p Księciunio Maj Hiroł <3 Uwzględniłam, że był to młody, niedoświadczony, głupiutki wilczek, więc to chyba nie był wielki wyczyn. Mniejsza. Długość taka sobie, ale ćśśś…
Od Rose C.D Prince
- Chyba mamy kolegę. Już myślałem, że nie będzie tu żywej duszy, a tu najpierw Ty, a potem ten wilk.
Ja jednak nie byłam w nastroju do żartów.
Od kilku minut moją głowę przeszywał ból, który był nie do zniesienia. Jednak, ukrywanie jakichkolwiek emocji, opanowałam, powiem całkiem szczerze, do perfekcji.
Prince jednak, równie dobrze potrafił czytać co komu chodzi po głowie.
- Uprzedzając pytanie, tak, dobrze się czuję. - skłamałam, przypatrując się wilkowi.
Po chwili Książę spojrzał na mnie chłodno, a ja zrozumiałam aluzję.
Shut up Rose, okay, rozumiem.
- Posłuchaj mnie teraz - powiedział bardzo szybko, prawie niezrozumiale, a jednak również cicho. - Nie wiadomo co takiemu zwierzakowi strzeli do głowy. Gdybym był sam, dałbym sobie radę, ale obawiam się, że Ty, Kwiatuszku, zostałabyś rzucona na pożarcie - przerwałam mu cichym parsknięciem połączonym z wywróceniem oczu - Tak więc, plan jest taki.
Prince popatrzył na mnie pytającym wzrokiem a ja kiwnęłam łbem, prosząc, aby kontynuował.
- Widzę, że się źle czujesz. Uwierz mi, że po pierwsze - kłamstwo ma krótkie nóżki, a po drugie, ja zawsze mam rację. - pokręciłam przy drugim wyznaniu pysk z dezaprobatą - Oddal się. Ja dam sobie radę, a nie mogę go tutaj zostawić, bo jak już wspominałem, nie wiadomo co mu odwali.
Chwilę stałam i wykłócałam się z ogierem, mówiąc, że zostanę i pomogę. Jednak on, pozostał nie wzruszony i kazał oddalić mi się na brzeg, lub dalej.
- Ohhh, no dobrze, tatusiu.
Zobaczyłam tylko chwilowy cwaniacki uśmiech na jego pysku, po czym wycofałam się powoli z wody aby nie zwracać na nas zbytniej uwagi.
< Książę? Przepraszam za długość.>
Ja jednak nie byłam w nastroju do żartów.
Od kilku minut moją głowę przeszywał ból, który był nie do zniesienia. Jednak, ukrywanie jakichkolwiek emocji, opanowałam, powiem całkiem szczerze, do perfekcji.
Prince jednak, równie dobrze potrafił czytać co komu chodzi po głowie.
- Uprzedzając pytanie, tak, dobrze się czuję. - skłamałam, przypatrując się wilkowi.
Po chwili Książę spojrzał na mnie chłodno, a ja zrozumiałam aluzję.
Shut up Rose, okay, rozumiem.
- Posłuchaj mnie teraz - powiedział bardzo szybko, prawie niezrozumiale, a jednak również cicho. - Nie wiadomo co takiemu zwierzakowi strzeli do głowy. Gdybym był sam, dałbym sobie radę, ale obawiam się, że Ty, Kwiatuszku, zostałabyś rzucona na pożarcie - przerwałam mu cichym parsknięciem połączonym z wywróceniem oczu - Tak więc, plan jest taki.
Prince popatrzył na mnie pytającym wzrokiem a ja kiwnęłam łbem, prosząc, aby kontynuował.
- Widzę, że się źle czujesz. Uwierz mi, że po pierwsze - kłamstwo ma krótkie nóżki, a po drugie, ja zawsze mam rację. - pokręciłam przy drugim wyznaniu pysk z dezaprobatą - Oddal się. Ja dam sobie radę, a nie mogę go tutaj zostawić, bo jak już wspominałem, nie wiadomo co mu odwali.
Chwilę stałam i wykłócałam się z ogierem, mówiąc, że zostanę i pomogę. Jednak on, pozostał nie wzruszony i kazał oddalić mi się na brzeg, lub dalej.
- Ohhh, no dobrze, tatusiu.
Zobaczyłam tylko chwilowy cwaniacki uśmiech na jego pysku, po czym wycofałam się powoli z wody aby nie zwracać na nas zbytniej uwagi.
< Książę? Przepraszam za długość.>
Od Prince C.D Rose
Opierałem się o ścianę jaskini, lekko przysypiając. Ulewa ani nie
narastała, ani nie łagodniała – cały czas utrzymywała się na tym samym
poziomie. Niebo nadal zasnute były ciemnymi chmurami, których wiatr nie
raczył popchnąć w inną stronę. Wyglądało na to, że przez resztę dnia,
pogoda nie będzie nas rozpieszczać. Może to i nawet lepiej, raz na jakiś
czas można sporządzić sobie Dzień Lenia, nawet, jeśli jest się Alfą.
Usłyszałem kichnięcie („końskie”).
- Mówiłem coś o wychodzeniu na deszcz? – Mruknąłem. Jak zwykle miałem rację, ale Kwiatuszek i tak wolał mówić swoje i upiera się, że zachowuję się jak nadopiekuńczy tatulek.
Postanowiłem przeczekać ulewę, o ile nie będzie padać również w nocy. Pozwoliłem sobie się zdrzemnąć.
~*~
Obudziłem się. Ale nie sam. To ta cisza. Deszcz ustał, ale na niebie były już pierwsze gwiazdy, ja za to nie miałem ochoty spać. Noire chyba nie zasnęła bo aktualnie bacznie mi się przyglądała. Wyszedłem lekko za obszar jaskini i rozejrzałem się. Las milczał, nawet wiatr znudził się ciągłym bawieniem się konarami drzew, a zwierzęta pochowały się w swoich norach, dziuplach, szałasach, jaskiniach. Zresztą i tak tereny Ponurej Doliny są zdecydowanie mniej żywotne niż te, które należą do stada sąsiedniego. Ni stąd, ni z owąd, poczułem silną potrzebę napicia się.
- Idę nad rzekę się napić – Oznajmiłem cicho, a klacz tylko skinęła głową i podeszła do mnie. Były trzy opcje – pierwsza, że jej się nudzi. Druga, że chce jej się pić. Trzecia, że jest gorąco i chce się schłodzić. W moim przypadku ciągnęły mnie te wszystkie powody. Z ziemi zrobiło się błoto i po chwili moje kopyta nie były takie lśniące jak przed dziesięcioma minutami. Na domiar tego, znów trzeba było iść przez las i krople deszczu spływały z liści drzew. Na szczęście, plaga ta nie była tak liczna, by mnie przemoczyć. Ptaki, które przysiadywały na gałęziach, przyglądały nam się uważnie – gdzie idziemy i co zamierzamy. Zignorowałem je. I tak przeminęła cała droga. Gdy wyszliśmy z lasu, rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze. Leciałem może z metr nad ziemią, bo nie miałem zamiaru iść przez te bagno. Bądź co bądź, w kniejach, drogi są bardziej suche, niż na otwartym terenie. Noire zrobiła to samo. Jej kopyta również oszpecało błoto. W składzie były też drobne listki, porwane przez wiatr w czasie burzy, jak i po prostu zwykła, mokra ziemia. W zasięgu mojego wzroku pojawił już się nieduży pagórek, za którym płynęła rzeka – w tamtej chwili, moje zbawienie. Wylądowałem na ziemi i pogalopowałem do wodopoju. Okazało się, że Kwiatuszek znalazł się tu przede mną. Jakim cudem? Mniejsza… klacz, tak jak myślałem, zanurzyła lekko nogi w wodzie, ale nie tak głęboko, by nie była w stanie walczyć z nurtem. Ja napiłem się i stanąłem obok niej. Przypatrywała się czemuś w dali. Spojrzałem w tamtą stronę. Jakaś sylwetka. W sumie to nie jakaś. Rozpoznawałem ją. Samotnie polujący wilk, który uznał moje tereny za miejsce łowów.
< Kwiatuszku? 8) >
- Mówiłem coś o wychodzeniu na deszcz? – Mruknąłem. Jak zwykle miałem rację, ale Kwiatuszek i tak wolał mówić swoje i upiera się, że zachowuję się jak nadopiekuńczy tatulek.
Postanowiłem przeczekać ulewę, o ile nie będzie padać również w nocy. Pozwoliłem sobie się zdrzemnąć.
~*~
Obudziłem się. Ale nie sam. To ta cisza. Deszcz ustał, ale na niebie były już pierwsze gwiazdy, ja za to nie miałem ochoty spać. Noire chyba nie zasnęła bo aktualnie bacznie mi się przyglądała. Wyszedłem lekko za obszar jaskini i rozejrzałem się. Las milczał, nawet wiatr znudził się ciągłym bawieniem się konarami drzew, a zwierzęta pochowały się w swoich norach, dziuplach, szałasach, jaskiniach. Zresztą i tak tereny Ponurej Doliny są zdecydowanie mniej żywotne niż te, które należą do stada sąsiedniego. Ni stąd, ni z owąd, poczułem silną potrzebę napicia się.
- Idę nad rzekę się napić – Oznajmiłem cicho, a klacz tylko skinęła głową i podeszła do mnie. Były trzy opcje – pierwsza, że jej się nudzi. Druga, że chce jej się pić. Trzecia, że jest gorąco i chce się schłodzić. W moim przypadku ciągnęły mnie te wszystkie powody. Z ziemi zrobiło się błoto i po chwili moje kopyta nie były takie lśniące jak przed dziesięcioma minutami. Na domiar tego, znów trzeba było iść przez las i krople deszczu spływały z liści drzew. Na szczęście, plaga ta nie była tak liczna, by mnie przemoczyć. Ptaki, które przysiadywały na gałęziach, przyglądały nam się uważnie – gdzie idziemy i co zamierzamy. Zignorowałem je. I tak przeminęła cała droga. Gdy wyszliśmy z lasu, rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze. Leciałem może z metr nad ziemią, bo nie miałem zamiaru iść przez te bagno. Bądź co bądź, w kniejach, drogi są bardziej suche, niż na otwartym terenie. Noire zrobiła to samo. Jej kopyta również oszpecało błoto. W składzie były też drobne listki, porwane przez wiatr w czasie burzy, jak i po prostu zwykła, mokra ziemia. W zasięgu mojego wzroku pojawił już się nieduży pagórek, za którym płynęła rzeka – w tamtej chwili, moje zbawienie. Wylądowałem na ziemi i pogalopowałem do wodopoju. Okazało się, że Kwiatuszek znalazł się tu przede mną. Jakim cudem? Mniejsza… klacz, tak jak myślałem, zanurzyła lekko nogi w wodzie, ale nie tak głęboko, by nie była w stanie walczyć z nurtem. Ja napiłem się i stanąłem obok niej. Przypatrywała się czemuś w dali. Spojrzałem w tamtą stronę. Jakaś sylwetka. W sumie to nie jakaś. Rozpoznawałem ją. Samotnie polujący wilk, który uznał moje tereny za miejsce łowów.
< Kwiatuszku? 8) >
Od Rose C.D Prince
Podążałam za nim aż do momentu, kiedy weszliśmy do jaskini.
Było ciemno, więc musiałam ostro wytężyć wzrok, aby ujrzeć tam karego ogiera.
- Cóż, coś o sobie.. - urwał mi się głos, ale szybko zapanowałam nad wszelkimi emocjami - Moja matka, której nigdy nie miałam przyjemności poznać, porzuciła mnie do mojego ojca. Wszystko super, pięknie, tylko że od początku byłam przypadkiem, przekleństwem od losu i wszystkim chłamem, ponieważ mój kochany tatuś zażyczył sobie ogiera i cóż, nie wyszło. Byłam dosyć młoda i naiwna i uważałam, że wiesz, coś się zmieni. Dotarło do mnie dopiero co się dzieje, kiedy zostałam sama. Krótko mówiąc - również nic ciekawego.
Spojrzałam na niego i zauważyłam, że nad czymś naprawdę mocno się zastanawia.
Postanowiłam nie drążyć tematu i rozglądnęłam się dookoła.
Jaskinia była dosyć mała. Wszędzie panowała wilgoć, która powoli zamieniała tą kryjówkę w jedną wielką kałużę, ponieważ pogoda nas nie szczędziła wywołując burzę.
Wychyliłam się trochę za jaskinię, powodując, że deszcz spadał na moje chrapy. Ponownie rozglądnęłam się, widząc las, przez który wcześniej przejeżdżaliśmy. Na niebie wciąż królował księżyc, przykryty deszczowymi chmurami. Gdzieniegdzie można było zauważyć małe gwiazdy, które w rzeczywistości, były ogromne.
Cuda wszechświata i całej tej pokręconej astronomii.
- Przeziębiona Alfa to nieużyteczna Alfa. Schowaj się lepiej w końcu do środka.
- Błagam Cię, tylko mi tu nie tatusiuj, co? - wykrzyczałam wręcz przez zaciśnięte zęby.
- Jak wolisz. - usłyszałam na odchodne. Westchnęłam ciężko i wróciłam do środka.
Przez chwilę stałam i nerwowo trzepałam mokrą grzywą, usiłując pozbyć się mokrych kropelek.
Kiedy byłam już w miarę sucha, spojrzałam na podpierającego się o ścianę ogiera.
Dopiero teraz miałam okazję przyglądnąć się mu bardziej i zwrócić uwagę na to, że ma dość duże skrzydła.
- Słuchaj, Kwiatuszku, masz Ty kogoś?
- Słucham? Nie wiem, czy powinno Cię to interesować.
- A jednak powinno, wiesz, najbliższe kilka lat, cóż, będziemy się dosyć często widywać, parę decyzji podejmować razem..
- Mhm. Nie, nie mam. Nie śpieszy mi się.
< Mały Książę? ^^ >
Było ciemno, więc musiałam ostro wytężyć wzrok, aby ujrzeć tam karego ogiera.
- Cóż, coś o sobie.. - urwał mi się głos, ale szybko zapanowałam nad wszelkimi emocjami - Moja matka, której nigdy nie miałam przyjemności poznać, porzuciła mnie do mojego ojca. Wszystko super, pięknie, tylko że od początku byłam przypadkiem, przekleństwem od losu i wszystkim chłamem, ponieważ mój kochany tatuś zażyczył sobie ogiera i cóż, nie wyszło. Byłam dosyć młoda i naiwna i uważałam, że wiesz, coś się zmieni. Dotarło do mnie dopiero co się dzieje, kiedy zostałam sama. Krótko mówiąc - również nic ciekawego.
Spojrzałam na niego i zauważyłam, że nad czymś naprawdę mocno się zastanawia.
Postanowiłam nie drążyć tematu i rozglądnęłam się dookoła.
Jaskinia była dosyć mała. Wszędzie panowała wilgoć, która powoli zamieniała tą kryjówkę w jedną wielką kałużę, ponieważ pogoda nas nie szczędziła wywołując burzę.
Wychyliłam się trochę za jaskinię, powodując, że deszcz spadał na moje chrapy. Ponownie rozglądnęłam się, widząc las, przez który wcześniej przejeżdżaliśmy. Na niebie wciąż królował księżyc, przykryty deszczowymi chmurami. Gdzieniegdzie można było zauważyć małe gwiazdy, które w rzeczywistości, były ogromne.
Cuda wszechświata i całej tej pokręconej astronomii.
- Przeziębiona Alfa to nieużyteczna Alfa. Schowaj się lepiej w końcu do środka.
- Błagam Cię, tylko mi tu nie tatusiuj, co? - wykrzyczałam wręcz przez zaciśnięte zęby.
- Jak wolisz. - usłyszałam na odchodne. Westchnęłam ciężko i wróciłam do środka.
Przez chwilę stałam i nerwowo trzepałam mokrą grzywą, usiłując pozbyć się mokrych kropelek.
Kiedy byłam już w miarę sucha, spojrzałam na podpierającego się o ścianę ogiera.
Dopiero teraz miałam okazję przyglądnąć się mu bardziej i zwrócić uwagę na to, że ma dość duże skrzydła.
- Słuchaj, Kwiatuszku, masz Ty kogoś?
- Słucham? Nie wiem, czy powinno Cię to interesować.
- A jednak powinno, wiesz, najbliższe kilka lat, cóż, będziemy się dosyć często widywać, parę decyzji podejmować razem..
- Mhm. Nie, nie mam. Nie śpieszy mi się.
< Mały Książę? ^^ >
Od Prince'a C.D Rose
- Nic ciekawego – Mruknąłem – Urodziłem się KARY w dobrym stadzie, tam uznaje się takie źrebaki za przeklęte, matka mnie porzuciła, bo gdyby ktoś dowiedział się, że ma kare dziecko, zabili by ją przez ukamieniowanie. Nauczyłem się jak żyć samemu, a gdy znalazłem skrawek niezamieszkanej ziemi, stworzyłem tam stado.
Nastała chwila milczenia. Ja wyczekująco przyglądałem się ‘Noire’, a ona grzebała przez chwilę kopytem w ziemi.
- Może najlepiej będzie, jeśli schronimy się w jaskini Alf, skoro ma za chwilę lunąć – Zaproponowałem. I tak bym tak poszedł, gdyby odmówiła. Zaprosiłem przez grzeczność, jeśli mam przez parę lat towarzyszyć tej klaczy i rozporządzać z nią stadem, trzeba mieć z nią w miarę pozytywne stosunki. Skinęła głową i żywo pokłusowaliśmy do jaskini. Noire na szczęście wiedziała jak tam dojechać i nie musiałem sprawdzać, czy podąża za mną. Wręcz jechaliśmy w jednej linii, tak, że gdy odwróciłem głowę w lewą stronę, widziałem samicę. Mieliśmy przyjemność spotkać na swej drodze gęsty las, a patrząc w górę na niebo, widziałem, że kropi, więc konary drzew chroniły nas przed tym [co prawda małym] deszczem.
- To teraz może opowiesz mi coś o sobie? Ja już wyjawiłem swoją historię.
< Kwiatuszku? :’) Długość nie jest nadzwyczajna, ale wzięło mnie na takie krótkie opowiadania, żeby druga osoba coś zaczęła, ja to kończę, nie wiem czy wiecie, o co mi chodzi XD >
niedziela, 10 lipca 2016
Od Rose, C.D Prince
Spojrzałam niepewnie na konia stojącego przede mną. Przebiegłam szybko oczami jego sylwetkę i postanowiłam nie przedłużać dłużej i odpowiedzieć na wcześniejsze pytanie.
- Rose, jestem Rose. - powiedziałam cicho, mając nadzieję, że koń nie zapamięta mnie zbyt długo. Stuknęłam kopytem kilkakrotnie o podłoże, nagle podnosząc głowę, słysząc głos ogiera.
- Ta Rooose? - powiedział, naciskając specjalnie w wypowiedzi moje imię. Kiedy pokiwałam i spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, wyjaśnił. - Wygląda na to, że będziemy się częściej widywać. Również jestem alfą, tak jakby.. Naszego stada.
Przeanalizowałam to, co do mnie powiedział i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, co właśnie mi powiedział. Potwierdziłam łbem mój ''status'' w stadzie i wymusiłam na sobie chłodny uśmiech.
Uśmiech. Kurczę, jak tylko wyobrażam sobie to słowo, mimowolnie się uśmiecham.. To słowo samo w sobie jest takie, radosne, a ja nie chcę, żeby w moim wykonaniu takie było.
Przestąpiłam z nogi na nogę, rozglądając się dookoła. Był późny wieczór i teren pokryty został lekką mgłą. Na bezchmurnym niebie pojawiał się jasny księżyc, który obudził we mnie chęć przerwania dosyć niezręcznej ciszy.
Tylko Rose, po co Ty się tak starasz..?
Przeklęte sumienie.
- Mogłabym wiedzieć, jak Ci na imię? - odparłam dosyć chłodno, popychając odłamek skały tylnim kopytem.
- Faktycznie, to dosyć istotne. - prychnął kary rumak, odpowiadając szybko z wyraźnym brakiem zainteresowania. - Prince, na imię mi Prince.
- Little Prince, little Prince.. - zanuciłam, kiedy ogier po prostu przewrócił oczami. Mimowolnie z mojego pyska wydał się cichy i dawno zduszony śmiech. - To takie.. Nie podobne do tego, co prezentujesz, i do miejsca, w którym aktualnie się znajdujemy - dodałam przebiegając wzrokiem pobliski lasek i żwirową ścieżkę - Dosyć urocze.
- Nie za bardzo, kwiatuszku. Co do Twojego imienia, również mógłbym się przyczepić. Rose to takie dla poukładanej panienki z rozbrajającym rumieńcem. - Tym razem to ja wywróciłam oczami, słuchając jego wypowiedzi, po czym dorzuciłam jeszcze swoje pięć groszy.
- Noire, zdecydowanie wolę, jak ktoś zwraca się do mnie Noire. Nie mniej jednak, to nie ja wymyśliłam swoje imię, więc ten. - przerwałam kiedy ogier rzucił szybkie ,, Ja również''.
- Będzie padało.
Spojrzałam najpierw na niebo a następnie na stojącą przede mną ,,pogodynkę''. Na niebie pojawiły się dwie dosyć sporych rozmiarów deszczowe chmury, które zwiastowały nadejście w niedalekiej przyszłości burzy.
- Może masz rację.
- Na przyszłość - ja zawsze mam rację.
Na to oświadczenie tylko pokręciłam z dezaprobatą oczyma i schyliłam się prawie do samego podłoża.
- Wła..-ściwie.. To, skąd jesteś? Jakaś ckliwa historia, czy coś w tym stylu?
Obawiałam się w tej chwili, że Prince nie odpowie i pomyśli o mnie jeszcze gorzej, że jestem nachalna czy coś w tym stylu.
Cholerka, Rose, czym Ty się obawiasz.. Nie pierwszy i za pewne nie ostatni koń jaki stanął na Twojej drodze.
Wypuściłam mimo wszystko z siebie pełne obaw westchnienie i podniosłam się, aby ujrzeć odpowiedź towarzysza, jeśli mogę go tak nazwać.
< Princuś? :> Przepraszam za jakość i ogółem, wszystko, ale marny ze mnie pisarz, pisarka, whatever.. >
- Rose, jestem Rose. - powiedziałam cicho, mając nadzieję, że koń nie zapamięta mnie zbyt długo. Stuknęłam kopytem kilkakrotnie o podłoże, nagle podnosząc głowę, słysząc głos ogiera.
- Ta Rooose? - powiedział, naciskając specjalnie w wypowiedzi moje imię. Kiedy pokiwałam i spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, wyjaśnił. - Wygląda na to, że będziemy się częściej widywać. Również jestem alfą, tak jakby.. Naszego stada.
Przeanalizowałam to, co do mnie powiedział i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, co właśnie mi powiedział. Potwierdziłam łbem mój ''status'' w stadzie i wymusiłam na sobie chłodny uśmiech.
Uśmiech. Kurczę, jak tylko wyobrażam sobie to słowo, mimowolnie się uśmiecham.. To słowo samo w sobie jest takie, radosne, a ja nie chcę, żeby w moim wykonaniu takie było.
Przestąpiłam z nogi na nogę, rozglądając się dookoła. Był późny wieczór i teren pokryty został lekką mgłą. Na bezchmurnym niebie pojawiał się jasny księżyc, który obudził we mnie chęć przerwania dosyć niezręcznej ciszy.
Tylko Rose, po co Ty się tak starasz..?
Przeklęte sumienie.
- Mogłabym wiedzieć, jak Ci na imię? - odparłam dosyć chłodno, popychając odłamek skały tylnim kopytem.
- Faktycznie, to dosyć istotne. - prychnął kary rumak, odpowiadając szybko z wyraźnym brakiem zainteresowania. - Prince, na imię mi Prince.
- Little Prince, little Prince.. - zanuciłam, kiedy ogier po prostu przewrócił oczami. Mimowolnie z mojego pyska wydał się cichy i dawno zduszony śmiech. - To takie.. Nie podobne do tego, co prezentujesz, i do miejsca, w którym aktualnie się znajdujemy - dodałam przebiegając wzrokiem pobliski lasek i żwirową ścieżkę - Dosyć urocze.
- Nie za bardzo, kwiatuszku. Co do Twojego imienia, również mógłbym się przyczepić. Rose to takie dla poukładanej panienki z rozbrajającym rumieńcem. - Tym razem to ja wywróciłam oczami, słuchając jego wypowiedzi, po czym dorzuciłam jeszcze swoje pięć groszy.
- Noire, zdecydowanie wolę, jak ktoś zwraca się do mnie Noire. Nie mniej jednak, to nie ja wymyśliłam swoje imię, więc ten. - przerwałam kiedy ogier rzucił szybkie ,, Ja również''.
- Będzie padało.
Spojrzałam najpierw na niebo a następnie na stojącą przede mną ,,pogodynkę''. Na niebie pojawiły się dwie dosyć sporych rozmiarów deszczowe chmury, które zwiastowały nadejście w niedalekiej przyszłości burzy.
- Może masz rację.
- Na przyszłość - ja zawsze mam rację.
Na to oświadczenie tylko pokręciłam z dezaprobatą oczyma i schyliłam się prawie do samego podłoża.
- Wła..-ściwie.. To, skąd jesteś? Jakaś ckliwa historia, czy coś w tym stylu?
Obawiałam się w tej chwili, że Prince nie odpowie i pomyśli o mnie jeszcze gorzej, że jestem nachalna czy coś w tym stylu.
Cholerka, Rose, czym Ty się obawiasz.. Nie pierwszy i za pewne nie ostatni koń jaki stanął na Twojej drodze.
Wypuściłam mimo wszystko z siebie pełne obaw westchnienie i podniosłam się, aby ujrzeć odpowiedź towarzysza, jeśli mogę go tak nazwać.
< Princuś? :> Przepraszam za jakość i ogółem, wszystko, ale marny ze mnie pisarz, pisarka, whatever.. >
Prince C.D Bella (C.D chętny koń)
Spacerowałem po górskim paśmie. Wokół nie było żywej duszy, ale do
czasu… wyczułem obecność innego konia. Nie spodobało mi się to. Był
przede mną. Chciałem zawrócić, ale widziałem już zarys jego sylwetki.
Odwrócił się. Niechętnie podszedłem i z wyższością popatrzyłem na…
klacz. Unipega dokładniej.
- Kim jesteś? Czyżby Alfa Ponurej Doliny? – Spytała obojętnie, ale przyglądała mi się.
- Wieści szybko się rozchodzą. – Odpowiedziałem jednoznacznie. Nie zamierzałem jednak powiedzieć jej wprost, że jestem przywódcą Stada Ponurej Doliny.
- Po prostu można się tego domyślić. Góry to granica pomiędzy NASZYMI stadami. – Z niechęcią zdałem sobie sprawy, że nacisk na słowo „naszymi”, był spowodowany, że jest Alfą sąsiedniego stada. Pff… mam talent do zdobywania nieprzyjaciół i nie wiem, czy mam się tym cieszyć, czy może martwić. Cóż, kłopoty odłożę na razie na później. Nie odzywając się, powoli zacząłem wracać na swoje ziemie. Tak będzie bezpieczniej.
- Mógłbyś się przedstawić. – Powiedziała głośno samica tak, abym nie mógł udać, że nie słyszałem. Powoli, ale jednak, zawróciłem.
- Prince. – Niemalże wypowiedziałem to szeptem, ale ona chyba i tak to usłyszała.
- Bella. – Klacz po chwili odwróciła się i zaczęła iść w swoją stronę, a ja w swoją. No to chyba pierwszą „znajomość” mam już zaliczoną. Może i nie jest ona pozytywna, ale jest, nie? Prince, pogódź się z tym, nie umiesz być śmieszny, po prostu ci to nie wychodzi. Znowu gadam sam do siebie? Serio? Chyba już zwariowałem z samotności. No to pora wariować dalej, pójdę na to swoje pustkowie.
Tak też zrobiłem. Ociągając się, stępem dalej spacerowałem. Miałem zaszczyt iść piaszczystą dróżką, na której nie było utrudnień w postaciach takich jak kamienie, małe zdechłe insekty, czy może większe głazy. Od czasu do czasu, odczuwalne były powiewy wiatru, który zdawał się nieść ze sobą zapach innego konia. Nie rozpoznawałem tej woni. Przyspieszyłem tylko tempa i starałem się wyostrzyć wzrok. Wzbiłem się w powietrze, by uzyskać większe pole widzenia. Paręnaście metrów przede mną, jakiś koń, jak gdyby nigdy nic, spacerował sobie. Niedaleko moich terenów. Niepewnie wylądowałem na ziemi, trzymając dystans.
- Kim jesteś? – Zapytałem, nie dając nieznajomemu, czy może nieznajomej, poznać po moim głosie, jakie mam do niego nastawienie.
< Ktoś coś? Długość nie jest zachwycająca, ale niedługo wyjeżdżam i nie mam zbyt wiele czasu, pakowanie, ostatnie zakupy sprzętu, itd. >
- Kim jesteś? Czyżby Alfa Ponurej Doliny? – Spytała obojętnie, ale przyglądała mi się.
- Wieści szybko się rozchodzą. – Odpowiedziałem jednoznacznie. Nie zamierzałem jednak powiedzieć jej wprost, że jestem przywódcą Stada Ponurej Doliny.
- Po prostu można się tego domyślić. Góry to granica pomiędzy NASZYMI stadami. – Z niechęcią zdałem sobie sprawy, że nacisk na słowo „naszymi”, był spowodowany, że jest Alfą sąsiedniego stada. Pff… mam talent do zdobywania nieprzyjaciół i nie wiem, czy mam się tym cieszyć, czy może martwić. Cóż, kłopoty odłożę na razie na później. Nie odzywając się, powoli zacząłem wracać na swoje ziemie. Tak będzie bezpieczniej.
- Mógłbyś się przedstawić. – Powiedziała głośno samica tak, abym nie mógł udać, że nie słyszałem. Powoli, ale jednak, zawróciłem.
- Prince. – Niemalże wypowiedziałem to szeptem, ale ona chyba i tak to usłyszała.
- Bella. – Klacz po chwili odwróciła się i zaczęła iść w swoją stronę, a ja w swoją. No to chyba pierwszą „znajomość” mam już zaliczoną. Może i nie jest ona pozytywna, ale jest, nie? Prince, pogódź się z tym, nie umiesz być śmieszny, po prostu ci to nie wychodzi. Znowu gadam sam do siebie? Serio? Chyba już zwariowałem z samotności. No to pora wariować dalej, pójdę na to swoje pustkowie.
Tak też zrobiłem. Ociągając się, stępem dalej spacerowałem. Miałem zaszczyt iść piaszczystą dróżką, na której nie było utrudnień w postaciach takich jak kamienie, małe zdechłe insekty, czy może większe głazy. Od czasu do czasu, odczuwalne były powiewy wiatru, który zdawał się nieść ze sobą zapach innego konia. Nie rozpoznawałem tej woni. Przyspieszyłem tylko tempa i starałem się wyostrzyć wzrok. Wzbiłem się w powietrze, by uzyskać większe pole widzenia. Paręnaście metrów przede mną, jakiś koń, jak gdyby nigdy nic, spacerował sobie. Niedaleko moich terenów. Niepewnie wylądowałem na ziemi, trzymając dystans.
- Kim jesteś? – Zapytałem, nie dając nieznajomemu, czy może nieznajomej, poznać po moim głosie, jakie mam do niego nastawienie.
< Ktoś coś? Długość nie jest zachwycająca, ale niedługo wyjeżdżam i nie mam zbyt wiele czasu, pakowanie, ostatnie zakupy sprzętu, itd. >
Subskrybuj:
Posty (Atom)